albo chciałam dobrze, wyszło jak zwykle..
Spontaniczna impreza urodzinowa okazała się zaiste spontaniczna. Koło południa odwiozłam kota do rodziców, żeby się zwierzątko nie stresowało (z nieznanych mi powodów kot na dźwięk głosu Pibisa dostaje drgawek) oraz żeby goście nie płakali z rozpaczy, że mają alergię; po drodze zaplanowałam menu (samo słodkie, ponieważ woka szlag mi trafił, a wraz z nim marzenia o curry albo chili con carne), nabyłam składniki i obładowana ruszyłam do domu. Na schodach zatrzymała mnie moja ulubiona sąsiadka z trzeciego piętra.
- Wody nie będzie - ostrzegła. - Niech pani sobie do wanny naleje.
- Co? - zapytałam mało inteligentnie, dławiąc się brzydkim słowem, choć pani Teresie akurat by ono różnicy nie zrobiło. Odkąd piłyśmy razem wódkę na schodach pięć lat temu, czekając na podłączenie po tygodniu gazu, jest dla mnie jeszcze bardziej wyrozumiała.
- Na WTK podawali, że jakąś magistralę odłączają i od dzisiaj do jutra nie będzie wody.
- Kurwa - nie powstrzymałam się. - A ja planowałam imprezę!
Pani Teresa zachichotała.
- To niech wiaderkiem spłukują...
Weszłam do dom i wykonałam szybki telefon do matki.
- Tak, tak, możesz pożyczyć mieszkanie - powiedziała matka. - Przecież ci proponowałam!
Spontanicznie wysłałam smsa z nowym adresem imprezy, zaklęłam szpetnie jeszcze kilka razy, obsobaczając Aquanet, który powiadamia klientów niemal tak dobrze, jak gazownia (o tym też kiedyś napiszę), a potem przypomniało mi się, że zaprosiłam dwie osoby, pozostające z Aquanetem w stosunku umowy o pracę. Przynajmniej będzie kogo opierniczyć, pomyślałam mściwie, zapakowałam do plecaka część składników na ciasto oraz kieckę i buty, i pojechałam z powrotem do rodziców.
Potem wszystko zaczęło się toczyć normalnym rytmem imprez u mnie. Jak zwykle nieocenionym gadżetem okazał się domofon. Parę lat temu na imprezie karnawałowej wyłączył się był i całe Jeżyce słyszały coraz bardziej przerażający krzyk "Niebieski!!!" i brzęk upadających na beton kluczy (tak ze trzydzieści razy); u Nietoperzy zaś remontują od jakiegoś czasu wejście do klatki. Postawili gustowny schronik przeciwatomowy i przemontowali domofon. Domofon przez jakiś czas nie działał; teraz już działa, ale nadal po lewej stronie schroniku dzieje wielka dziura. Nie wiem, jak się czuli goście, słysząc:
- Na lewo. Tam jest dziura - ale sądzę, że nie omieszkają się podzielić swoimi odczuciami.
Najbardziej nieszczęśliwą osobą na imprezie była Arancia, która spędziła wieczór ukryta pod łóżkiem w sypialni. Kiedy tam weszłam, spojrzała na mnie wzrokiem mówiącym "Do jasnej cholery, myślałam, że TUTAJ będę bezpieczna, TUTAJ ich nigdy nie było, co to za porządki?". Tak to jest, jak się nie chce stresować kota ani gości... Reszta zaproszonych bawiła się dobrze, jak mniemam. Ja bawiłam się świetnie: dostałam bardzo ładne prezenty, upiekłam chyba niezłe ciasto - nie zdążyłam spróbować - i zgromadziłam sobie w jednym miejscu ludzi, których lubię. Co prawda nie wyszło mi tradycyjne zbieranie do kupy zupełnie innych bajek, ale i tak Ostry zapytał mnie po wejściu:
- Dlaczego ja tu nikogo nie znam...?
Ba! było nawet ośmiomiesięczne dziecko, które wywołało dziki entuzjazm tłumu. Zresztą trudno się dziwić.
Natomiast - w ramach postanowień noworocznych - oznajmiam, że nie będę więcej robić za tyczkę na bluszcz. Mój przyjaciel z liceum postanowił bowiem dotrzeć na imprezę, mimo iż nawalony był jak drzwi do gajówki. Stopień jego nawalenia niech zobrazuje fakt, że co pięć minut powtarzał mi, że ślicznie wyglądam w sukience i on mnie nigdy wcześniej w sukience nie widział (Zaiste. Zdawałam maturę w sukience. Odbierałam świadectwo maturalne w sukience. O wielu razach, kiedy przychodziłam w sukience do szkoły, nie wspomnę...), a oprócz tego był w nastroju na przytulanie, wobec tego od czasu do czasu zawieszał się na mnie średnio wdzięcznie. Czuję się co nieco jak wymiętoszona pluszowa zabawka. Wszystkich, którzy obawiali się, że mój przyjaciel usiłuje mnie poderwać, spieszę uspokoić: nie udałoby mu się to nawet na trzeźwo.
A swoją drogą spuść kogoś z oczu na półtora roku, to od razu nogę se złamie i się zmieni w chlora...
Bycie tyczką na bluszcz utrudniło mi dość mocno wchodzenie w interakcje międzyludzkie, przez co ominęły mnie co najmniej cztery fajne konwersacje oraz przebywanie w towarzystwie innych osób.
Jeśli ktoś będzie chciał w najbliższym czasie na jakiejś imprezie porozmawiać ze mną o swoich problemach w stanie upodlenia alkoholowego, albo i nieupodlenia alkoholowego, to uprzejmie informuję, że gabinet psychoanalizy zaocznej zostaje niniejszym zamknięty. Pozwolę sobie powrócić raczej do nurtu, w którym odbywały się wszystkie moje imprezy cztery lata temu.
... a tak poza tym bardzo lubię dostawać ładną biżuterię.
20080907
20080906
Z archiwów (1)
Koci pyszczek unosi się ku ręce w oczekiwaniu na pieszczotę. Oczy zamykają się w zachwycie, zanim dłoń zetknie się z futerkiem; skośne, skupione tylko na doznaniu. Kot cały jest czekaniem na ten jeden moment szczęścia idealnego, kiedy osoba głaszcząca wróci do domu i zajmie się pozostawionym w nim zwierzęciem.
Zwierzę jest spragnione dotyku i obecności. Wita mnie miauczeniem; w zależności od tego, jak bardzo jest głodna, albo jak bardzo jest stęskniona, albo, czy moje przyjście ją obudziło, miauczenie ma różną tonację i natężenie. Dzisiaj kot był głodny, ale nie aż tak bardzo; bardziej potrzebowała przytulenia, skupiania uwagi tylko na niej. Gdy myłam się w łazience, stała w progu i miauczała, głośno, równo i wyraźnie; potem wpadła mi pod nogi, próbując mnie zawrócić od szafy z ubraniami w kierunku kuchni. Gdy wreszcie nasypałam jej jedzenia do miseczki, okazało się, że nie o to chodziło. Ciche, rozpaczliwe miauknięcie oznaczało „Przytul mnie natychmiast”. Teraz włóczy się po domu i opowiada, na swój koci sposób, co robiła, kiedy mnie nie było. Albo chce, żebym rzuciła jej kuleczkę z papieru toaletowego. Albo, żebym po prostu przyszła do pomieszczenia, w którym teraz jest.
To mit, że koty się nie przywiązują do ludzi. Mój jest nieszczęśliwy, kiedy mnie nie ma. Być może traktuje mnie jak swoją własność, ale sądzę, że raczej jesteśmy zaspokajaczkami wzajemnych potrzeb bliskości, ciepła i pogłaskania. Dużo ze sobą rozmawiamy; mój kot jest niecierpliwy, gdy nie rozumiem jej gardłowego dialektu, intonacji, przeciągniętego w taki a nie inny sposób dźwięku, podobnie jak ja jestem niecierpliwa, gdy ludzie, z którymi rozmawiam, nie rozumieją od razu, o co mi chodzi. Lepiej być w domu z kotem niż poza domem bez kota, uważa kot. Od jakiegoś czasu krzyczy na mnie, gdy za późno kładę się spać; uniemożliwiam jej tym samym zwinięcie się na kołdrze, w ciepłym miękkim i ciemnym miejscu, ogrzewanym moim ciałem, i zaśnięcie snem sprawiedliwego kota. I jak kiedyś mój pies, tak i ona w nocy anektuje coraz większą przestrzeń materaca, aż wreszcie budzę się, wygięta w pałąk. Kot czeka, aż otworzę oczy i oprzytomnieję na tyle, by mógł położyć mi się na piersi i zacząć mruczeć, wystawiając pyszczek i zamykając oczy w zachwycie, w oczekiwaniu na przyjemność, skupiony tylko na niej.
Poznań, 3. III. 07
Zwierzę jest spragnione dotyku i obecności. Wita mnie miauczeniem; w zależności od tego, jak bardzo jest głodna, albo jak bardzo jest stęskniona, albo, czy moje przyjście ją obudziło, miauczenie ma różną tonację i natężenie. Dzisiaj kot był głodny, ale nie aż tak bardzo; bardziej potrzebowała przytulenia, skupiania uwagi tylko na niej. Gdy myłam się w łazience, stała w progu i miauczała, głośno, równo i wyraźnie; potem wpadła mi pod nogi, próbując mnie zawrócić od szafy z ubraniami w kierunku kuchni. Gdy wreszcie nasypałam jej jedzenia do miseczki, okazało się, że nie o to chodziło. Ciche, rozpaczliwe miauknięcie oznaczało „Przytul mnie natychmiast”. Teraz włóczy się po domu i opowiada, na swój koci sposób, co robiła, kiedy mnie nie było. Albo chce, żebym rzuciła jej kuleczkę z papieru toaletowego. Albo, żebym po prostu przyszła do pomieszczenia, w którym teraz jest.
To mit, że koty się nie przywiązują do ludzi. Mój jest nieszczęśliwy, kiedy mnie nie ma. Być może traktuje mnie jak swoją własność, ale sądzę, że raczej jesteśmy zaspokajaczkami wzajemnych potrzeb bliskości, ciepła i pogłaskania. Dużo ze sobą rozmawiamy; mój kot jest niecierpliwy, gdy nie rozumiem jej gardłowego dialektu, intonacji, przeciągniętego w taki a nie inny sposób dźwięku, podobnie jak ja jestem niecierpliwa, gdy ludzie, z którymi rozmawiam, nie rozumieją od razu, o co mi chodzi. Lepiej być w domu z kotem niż poza domem bez kota, uważa kot. Od jakiegoś czasu krzyczy na mnie, gdy za późno kładę się spać; uniemożliwiam jej tym samym zwinięcie się na kołdrze, w ciepłym miękkim i ciemnym miejscu, ogrzewanym moim ciałem, i zaśnięcie snem sprawiedliwego kota. I jak kiedyś mój pies, tak i ona w nocy anektuje coraz większą przestrzeń materaca, aż wreszcie budzę się, wygięta w pałąk. Kot czeka, aż otworzę oczy i oprzytomnieję na tyle, by mógł położyć mi się na piersi i zacząć mruczeć, wystawiając pyszczek i zamykając oczy w zachwycie, w oczekiwaniu na przyjemność, skupiony tylko na niej.
Poznań, 3. III. 07
20080905
Trochę polityki zagranicznej
Oto jeden z powodów, dla których - mimo wszystko - lubię Stany Zjednoczone. U nas autor podobnego klipu poszedłby siedzieć za obrazę wszystkich i wszystkiego, od Matki Boskiej poczynając, na kocie Aliku kończąc.
20080904
Fragment (1)
Nazywają nas Armią Boga.
Równie dobrze mogliby o nas mówić Armia Szatana.
Nie podlegamy nikomu.
Równie dobrze mogliby o nas mówić Armia Szatana.
Nie podlegamy nikomu.
Widok z balkonu
Naprzeciwko mnie, na balkonie mieszkania na drugim pięrze, stoi klatka z przepiękną kakadu.
20080903
Happy birthday to me
Przyszłam na świat dokładnie 33 lata temu.
W tym roku życzę sobie spokoju. I tego, żeby nikt nie marnował mojego czasu.
Życzę sobie też umiejętności rozkoszowania się samotnością.
I dobrego koziego sera, i czerwonego hiszpańskiego wina, i tego, żebym nie tęskniła za czymś, czego nie było, nie ma i nie będzie.
I oliwek.
Pół godziny później.
Gdzieś, nie pamiętam gdzie, świętuje się własne urodziny dając innym prezenty. Oto pierwszy z nich.
URODZINOWE OPOWIADANIE DLA OSTREGO
W tym roku życzę sobie spokoju. I tego, żeby nikt nie marnował mojego czasu.
Życzę sobie też umiejętności rozkoszowania się samotnością.
I dobrego koziego sera, i czerwonego hiszpańskiego wina, i tego, żebym nie tęskniła za czymś, czego nie było, nie ma i nie będzie.
I oliwek.
Pół godziny później.
Gdzieś, nie pamiętam gdzie, świętuje się własne urodziny dając innym prezenty. Oto pierwszy z nich.
URODZINOWE OPOWIADANIE DLA OSTREGO
Pewnego dnia nastąpił Sąd Ostateczny.
Wszystko odbyło się tak, jak zaplanowano: zagrały trąby, anioły wylały różne płyny z czasz trzymanych w rękach, Czterej Jeźdźcy wyruszyli w drogę, by siać grozę, pożogę i śmierć – nic niespodziewanego.
Oczywiście, ludzie zapomnieli, że powtarzano im od stuleci, że Sąd Ostateczny będzie też tym momentem, w którym jasno ujrzą wszystkie swoje uczynki, wszelkie ich konsekwencje oraz, przy okazji, zrozumieją Boski Plan.
Niektórzy, na przykład, dowiedzieli się, że był w ich życiu taki moment, w którym mogli zmienić losy świata. I nastał wtedy płacz i zgrzytanie zębów. Tylko jedna kobieta dostała histerycznego ataku śmiechu. Stała, trzymała się za brzuch, dławiła niczym ryba wyciągnięta z wody, a po policzkach ciekły jej łzy. Anioł, który stał obok i trzymał w rękach zwój z zapisanym fragmentem Boskiego Planu, zmarszczył brwi.
Kobieta usiadła na piasku.
- Oj, nie mogę – wyjęczała. – I ty mi mówisz….ahahahaha… oj, mój brzuch, moja przepona, moja blizna… hihihihi….że mogłam sobie wtedy zażyczyć pokoju na świecie, wiecznej szczęśliwości, niewyczerpanych źródeł wody, Afryki bez AIDS… hahahaha…. A ja…hihihi….zażyczyłam sobie paczki papierosów?
Anioł patrzył na nią, nawet nie starając się ukryć niesmaku.
- Idiotka – powiedział i poszedł odczytywać Boski Plan kolejnej osobie w kolejce.
Poznań, 03.09.2008
Wszystko odbyło się tak, jak zaplanowano: zagrały trąby, anioły wylały różne płyny z czasz trzymanych w rękach, Czterej Jeźdźcy wyruszyli w drogę, by siać grozę, pożogę i śmierć – nic niespodziewanego.
Oczywiście, ludzie zapomnieli, że powtarzano im od stuleci, że Sąd Ostateczny będzie też tym momentem, w którym jasno ujrzą wszystkie swoje uczynki, wszelkie ich konsekwencje oraz, przy okazji, zrozumieją Boski Plan.
Niektórzy, na przykład, dowiedzieli się, że był w ich życiu taki moment, w którym mogli zmienić losy świata. I nastał wtedy płacz i zgrzytanie zębów. Tylko jedna kobieta dostała histerycznego ataku śmiechu. Stała, trzymała się za brzuch, dławiła niczym ryba wyciągnięta z wody, a po policzkach ciekły jej łzy. Anioł, który stał obok i trzymał w rękach zwój z zapisanym fragmentem Boskiego Planu, zmarszczył brwi.
Kobieta usiadła na piasku.
- Oj, nie mogę – wyjęczała. – I ty mi mówisz….ahahahaha… oj, mój brzuch, moja przepona, moja blizna… hihihihi….że mogłam sobie wtedy zażyczyć pokoju na świecie, wiecznej szczęśliwości, niewyczerpanych źródeł wody, Afryki bez AIDS… hahahaha…. A ja…hihihi….zażyczyłam sobie paczki papierosów?
Anioł patrzył na nią, nawet nie starając się ukryć niesmaku.
- Idiotka – powiedział i poszedł odczytywać Boski Plan kolejnej osobie w kolejce.
Poznań, 03.09.2008
20080902
Kilka słów o Neilu
Istnienie Neila Gaimana napełnia mnie otuchą.
Jak napisała mi dziś w smsie moja dziesięć lat młodsza siostra bliźniaczka: Gaiman byłby idealnym facetem dla mnie. Zgadzam się z nią w stu procentach: Gaiman jest Mężczyzną Idealnym, choć niekoniecznie w znaczeniu Partnera Idealnego; zaliczyłabym go raczej do takiej kategorii, w której umieszcza się zazwyczaj starszych braci czy kuzynów, których się podziwia. Jednym z powodów, dla których Gaiman jest Mężczyzną Idealnym jest fakt, że ma żonę i trójkę dzieci. Bo czyż fakt, że taki facet jest nie dość, że świetnym, inteligentnym pisarzem, niezmiernie seksownym mężczyzną oraz wiernym mężem i świetnym ojcem (patrz: jego blog) nie wraca człowiekowi wiary w to, że świat nie jest jednak nieprzyjaznym miejscem?
(hm, jeśli oczywiście nie zaczęło się, pisząc poprzednie zdanie, myśleć o tym, by zakończyć je "i każdej kobiecie trafi się taki Neil" i złapać za ogon przemykającą refleksję "o ile, rzecz jasna, nie jest tak, że taki Neil przypada na dziesięć tysięcy kobiet, a trafić może się tylko jednej". Ale to efekt czytania "Dymu i luster" od wczoraj w nocy. Z przerwą na sen, a jakże, jednak wystarczająco krótką, bym miała coś na kształt jetlagu)
Neil ma świetne pomysły. Z nieznaych mi bliżej przyczyn po przeczytaniu "Sandmana" zaczęłam traktować Neila jak jakiegoś zaginionego krewnego: nie dość, że wygląda jak część mojej rodziny (jak Boginię kocham, jest podobny do jednego z moich stryjów), to jeszcze pisze jak ja.
Nie - nie ma być na odwrót. Ja nie piszę jak Neil, ponieważ do zeszłego roku jedynym jego dziełem, z jakim się zetknęłam, był "Dobry omen", a on się nie liczy, bo współautorem jest Pratchett, a mnie się styl ukształtował w okolicach drugiego roku studiów. Na dowód mogę przytoczyć opowiadania, które pisałam na studiach - jeśli tylko je znajdę i przepiszę, bo poniewierają się w zeszytach i na kartkach. Neil pisze jak ja.
W sumie trudno byłoby, gdyby lektura tych samych książek i wierszy stworzyła różne style pisania. I na Gaimana, i na mnie, i na wielu pisarzy/pisarzy wannabe niezwykły wpływ wywarł Roger Zelazny. Zanim zapoznałam się z Neilem, to styl, lekkość i wdzięk oraz ironia Rogera były dla mnie na pierwszym miejscu. Teraz panowie idą łeb w łeb. Neil zapuszcza się na tereny, których Roger tylko dotykał; jest brudniejszy, więcej w nim mroku i Anglii. Jego niektóre opowiadania przypominają mi opowiadania Ruth Rendell, która nie tylko pisze świetne kryminały, ale też kilkoma zdaniami potrafi zasiać w czytelniku niepokój.
Oczywiście, nie wszystko z "Dymie i lustrach" jest równie świetne; jak na razie "Złote rybki i inne historie" rozbawiło mnie do łez, podobnie jak "Kufelek starego Shoggotha". To ostatnie jest opowiadaniem idealnym: gdyby Innsmouth leżało w Wielkiej Brytanii, Wielki Cthulhu grałby skecze u Pytonów. No i "Jedno życie, urządzone w stylu wczesnego Moorcocka". Perełka. A pani Whitaker znajdująca w Oxfamie świętego Graala? Będę musiała bardzo pilnować mojej matki podczas wyprawy do Londynu - co prawda matka jest od pani Whitaker sporo młodsza, ale znając jej zdolności, wrócimy do domu z nieużywaną puszką Pandory, lekko znoszonymi siedmiomilowymi butami albo kawałkiem latającego dywanu, który wystarczy do unoszenia się i podlewania pelargonii.
Teraz przypomniało mi się, że wiele z tych rzeczy, które teraz robi Gaiman, zrobiła przed nim Angela Carter. Kiedy odzyskam moją "Biegnącą z wilkami" (jest u kuzynki), zabiorę się wreszcie za krytykę analizy baśni o Sinobrodym, dokonanej przez Pinkolę Estes. Ona najwyraźniej nie zna wersji Angeli Carter, która całą jej analizę - i de facto część książki - wywraca do góry nogami. jednym, eleganckim, brytyjskim gestem.
Ale wracając do Neila, który swoim istnieniem wlewa w me serce otuchę - myślę, że uczucie to wynika po części z zadowolenia, że nie tylko ja na tej planecie jestem tak ciężko pogięta.
Jak napisała mi dziś w smsie moja dziesięć lat młodsza siostra bliźniaczka: Gaiman byłby idealnym facetem dla mnie. Zgadzam się z nią w stu procentach: Gaiman jest Mężczyzną Idealnym, choć niekoniecznie w znaczeniu Partnera Idealnego; zaliczyłabym go raczej do takiej kategorii, w której umieszcza się zazwyczaj starszych braci czy kuzynów, których się podziwia. Jednym z powodów, dla których Gaiman jest Mężczyzną Idealnym jest fakt, że ma żonę i trójkę dzieci. Bo czyż fakt, że taki facet jest nie dość, że świetnym, inteligentnym pisarzem, niezmiernie seksownym mężczyzną oraz wiernym mężem i świetnym ojcem (patrz: jego blog) nie wraca człowiekowi wiary w to, że świat nie jest jednak nieprzyjaznym miejscem?
(hm, jeśli oczywiście nie zaczęło się, pisząc poprzednie zdanie, myśleć o tym, by zakończyć je "i każdej kobiecie trafi się taki Neil" i złapać za ogon przemykającą refleksję "o ile, rzecz jasna, nie jest tak, że taki Neil przypada na dziesięć tysięcy kobiet, a trafić może się tylko jednej". Ale to efekt czytania "Dymu i luster" od wczoraj w nocy. Z przerwą na sen, a jakże, jednak wystarczająco krótką, bym miała coś na kształt jetlagu)
Neil ma świetne pomysły. Z nieznaych mi bliżej przyczyn po przeczytaniu "Sandmana" zaczęłam traktować Neila jak jakiegoś zaginionego krewnego: nie dość, że wygląda jak część mojej rodziny (jak Boginię kocham, jest podobny do jednego z moich stryjów), to jeszcze pisze jak ja.
Nie - nie ma być na odwrót. Ja nie piszę jak Neil, ponieważ do zeszłego roku jedynym jego dziełem, z jakim się zetknęłam, był "Dobry omen", a on się nie liczy, bo współautorem jest Pratchett, a mnie się styl ukształtował w okolicach drugiego roku studiów. Na dowód mogę przytoczyć opowiadania, które pisałam na studiach - jeśli tylko je znajdę i przepiszę, bo poniewierają się w zeszytach i na kartkach. Neil pisze jak ja.
W sumie trudno byłoby, gdyby lektura tych samych książek i wierszy stworzyła różne style pisania. I na Gaimana, i na mnie, i na wielu pisarzy/pisarzy wannabe niezwykły wpływ wywarł Roger Zelazny. Zanim zapoznałam się z Neilem, to styl, lekkość i wdzięk oraz ironia Rogera były dla mnie na pierwszym miejscu. Teraz panowie idą łeb w łeb. Neil zapuszcza się na tereny, których Roger tylko dotykał; jest brudniejszy, więcej w nim mroku i Anglii. Jego niektóre opowiadania przypominają mi opowiadania Ruth Rendell, która nie tylko pisze świetne kryminały, ale też kilkoma zdaniami potrafi zasiać w czytelniku niepokój.
Oczywiście, nie wszystko z "Dymie i lustrach" jest równie świetne; jak na razie "Złote rybki i inne historie" rozbawiło mnie do łez, podobnie jak "Kufelek starego Shoggotha". To ostatnie jest opowiadaniem idealnym: gdyby Innsmouth leżało w Wielkiej Brytanii, Wielki Cthulhu grałby skecze u Pytonów. No i "Jedno życie, urządzone w stylu wczesnego Moorcocka". Perełka. A pani Whitaker znajdująca w Oxfamie świętego Graala? Będę musiała bardzo pilnować mojej matki podczas wyprawy do Londynu - co prawda matka jest od pani Whitaker sporo młodsza, ale znając jej zdolności, wrócimy do domu z nieużywaną puszką Pandory, lekko znoszonymi siedmiomilowymi butami albo kawałkiem latającego dywanu, który wystarczy do unoszenia się i podlewania pelargonii.
Teraz przypomniało mi się, że wiele z tych rzeczy, które teraz robi Gaiman, zrobiła przed nim Angela Carter. Kiedy odzyskam moją "Biegnącą z wilkami" (jest u kuzynki), zabiorę się wreszcie za krytykę analizy baśni o Sinobrodym, dokonanej przez Pinkolę Estes. Ona najwyraźniej nie zna wersji Angeli Carter, która całą jej analizę - i de facto część książki - wywraca do góry nogami. jednym, eleganckim, brytyjskim gestem.
Ale wracając do Neila, który swoim istnieniem wlewa w me serce otuchę - myślę, że uczucie to wynika po części z zadowolenia, że nie tylko ja na tej planecie jestem tak ciężko pogięta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


